W kwietniu tego roku zdecydowałem się wydrukować swoją książkę. Pisałem ją, jak to ja, zawzięcie i z oddaniem, na przekór opiniom i postawom znajomych mi osób. Pisałem tak, bo wcześniej podobnie szedłem. Ale chciałem się tym podzielić, a do tego potrzeba współpracy innych osób.
Więc zebrałem fundusze i poprosiłem o wydrukowanie. Cały proces skończył się dla mnie obrażeniami ciała i psychiki. Ilość błędów i sposób ich popełniania, przekraczała moje najdziksze (wówczas) wyobrażenia. Nic to. Dopiąłem swego. Po czterech miesiącach, gdy wydruk trwa tydzień, czasem dwa.
W sierpniu poprosiłem o mały dodruk i dystrybucję lokalne szacowne wydawnictwo, bo o dziwo, książka się rozeszła. Już zaraz grudzień. Wczoraj byłem odebrać. I się poddałem. Ktoś wydrukował dwa tomy o tej samej ilości stron tak, że jeden tom jest grubszy od drugiego o 7 mm i papier w środku ma różny kolor. O okładce nie będę wspominał, bo zaniemówiłem i już nic nie powiedziałem.