Nie pozwól aby przepadły stare fotografie, filmy czy pamiętniki! Podziel się nimi ze wszystkimi Polakami i przekaż do zasobów Archiwum Narodowego IPN!
OSTRZEŻENIE: NASZA WITRYNA JEST NIEPOPRAWNA POLITYCZNIE I WYRAŻA BEZMIERNĄ POGARDĘ DLA ANTYPOLSKICH ŚCIERW ORAZ WSZELKIEJ MAŚCI LEWACKIEJ DZICZY I INNYCH DEWIANTÓW.
UWAGA: PRZEGLĄDASZ STRONY ARCHIWALNE!
NASZ ZAWSZE AKTUALNY ADRES BIEŻĄCEJ STRONY TO:
tiny.cc/itp2

Naziści i korupcja w Warszawie. Prowokacja policyjna

Naziści i korupcja w Warszawie


        Ajajajajajaj! Jeszcze nie ochłonęliśmy z wrażenia po wszechświatowym zlocie nazistów w Warszawie, podstępnie podszywających się pod obchody stuletniej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości, a tu już nowa sensacja, nowa afera korupcyjna, w którą tym razem wkręcił się, albo został wkręcony przewodniczacy Komisji Nadzoru Finansowego. Zanim jednak przejdziemy do afery, kilka uwag o wszechświatowym zlocie nazistów w Warszawie.

        Jak powiada poeta - „z dawna był on niebieskim oznajmiony cudem i poprzedzony głuchą wieścią między ludem”. Mniejsza o cuda, których w naszym nieszczęśliwym kraju jakby z roku na rok coraz więcej, natomiast głucha wieść rozeszła się między ludem, a zwłaszcza – ludem wybranym – za sprawą Judenratu „Gazety Wyborczej”, kierowanej przez potomka sowieckich kolaborantów, co to do polskich nazistów mieli i mają specjalnego nosa. Głucha wieść zwiastowała wszechświatowy zlot nazistów w Warszawie, no i wywołała rezonans tam, gdzie było trzeba. „Prasa międzynarodowa”, czyli media żydowskie lub kontrolowane przez żydokomunę, a także - część niemieckich – bo na tym etapie dziejowym Żydzi intensywnie kolaborują z Niemcami w nadziei, że po specyfikowaniu z niemiecką pomocą nazistów w Polsce, nic już nie stanie na przeszkodzie umoczeniu pysków w melasie w ramach realizacji tak zwanych „roszczeń” - podniosły klangor, a skoro już doszło do klangoru, to Jej Ekscelencja Żorżeta Mosbacher, co to została przysłana do naszego i tak już przecież wystarczająco nieszczęśliwego kraju, w charakterze ambasadoressy Stanów Zjednoczonych, zaleciła przebywającym w Polsce Amerykanom, by nie wychodzili z domów. Ciekawe, czy to zalecenie obowiązywało również amerykańskich żołnierzy, co to rotacyjnie są u nas obecni gwoli drażenienia zimnego ruskiego czekisty Putina. Jeśli tak, to co tu ukrywać – dobrze by to nie wyglądało, bo skoro amerykańscy żołnierze chowaliby się po domach na wieść o zlocie nazistów w Warszawie, to co by zrobili, gdyby gruchnęła wieść, że w Warszawie wyznaczyli sobie rendez-vous czekiści i Specnaz? Warto to pytanie postawić, bo za panią Żorżetą, jak za panią matką, ostrzeżenie przez pojawianiem się w Warszawie wystosował też Departament Stanu USA – ten sam, który wymalowanymi ustami swojej rzeczniczki ostrzegł Polskę, że jeśli nie opamięta się w sprawie nowelizacji ustawy o IPN, to „zagrozi swoim interesom strategicznym”.

        A jakież Polska może mieć strategiczne interesy z USA, jeśli nie przekonanie, że Ameryka będzie broniła polskich interesów aż do ostatniej kropli krwi? To założenie legło u podstaw obecnej polskiej doktryny obronnej, więc nic dziwnego, że rząd aż się trzęsie ze strachu, by nie padło na Polskę jakieś podejrzenie, że sprzyja nazistom i w ogóle. Toteż pani prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz zakazała urządzania w Warszawie nazistowskiego sabatu, a wtedy pan prezydent i pan premier skwapliwie skorzystali z okazji, by nad „Marszem Niepodległości” objąć wysoki protektorat i wmontować go w serię tak zwanych „urocystosci państwowych”.

        Ale naziści nie dali za wygraną i poprzebierali się – przeważnie za zwykłych, dobrodusznych obywateli. Pojawiło się też sporo sobowtórów; na przykład jeden nazista był łudząco podobny do pana prezesa Kaczyńskiego, a niektórzy nawet przywdziali mundury żołnierzy Wojska Polskiego. Nic tedy dziwnego, że nasz najnowszy przyjaciel, pan Jonny Daniels, „widział” mnóstwo ludzi, którzy przed obchodami setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości, co koń wyskoczy uciekali z Warszawy.

        Pan Daniels, w ramach minimum konspiracyjnego nie podał, dokąd ci wszyscy ludzie uciekali, ale i bez tego możemy się domyślać, że do Otwocka, bo zawsze przy nazistach Otwock uchodził za miejsce wyjątkowo bezpieczne. Ale nie wszyscy uciekli do Otwocka, bo działacze nieprzejednanej opozycji urządzili sobie prywatną uroczystość rocznicową w Łodzi, gdzie świadczyli sobie nawzajem rozmaite komplementy, że to niby są prawdziwymi europejczykami i patriotami. Złośliwcy co prawda twierdzili, że jeśli w Warszawie był wszechświatowy zlot nazistów, to w Łodzi – krajowy zjazd folksdojczów - ale kto by tam dawał wiarę takim fałszywym pogłoskom, skoro wystarczy tylko popatrzeć na pana Grzegorza Schetynę, by nabrać przekonania, że żadnym folksdojczem to on nie jest, już choćby z tego powodu, że do tego trzeba mieć jakieś poglądy, a przynajmniej udawać, że się je ma, podczas gdy wysuwanie takich podejrzeń wobec pana Grzegorza byłoby naprawdę bardzo niegrzeczne.

        Na marginesie warto jeszcze dodać – co może zainteresować zwłaszcza Czytelników z Kanady – informację przekazaną mi przez mego Honorable Correspondant z Vancouver– że na drzwiach polskiego kościoła „antifa” namalowała tam napis „Nazi – Raus!” - co pokazuje zasięg żydowskiej i żydokomunistycznej, antypolskiej propagandy. Jest ona oczywiście efektem organizatorskiej funkcji prasy, którą – jak się być może okaże – praktykuje nie tylko żydowska gazeta dla Polaków, ale również – żydowska stacja telewizyjna TVN, którą podejrzewam, że została założona za pieniądze ukradzione z Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego. Właśnie prokuratura sprawdza, czy to aby nie funkcjonariusze tej stacji za 20 tys. złotych zaaranżowali widowisko w postaci obchodów rocznicy urodzin wybitnego przywódcy socjalistycznego Adolfa Hitlera w lasach koło Wodzisławia Śląskiego. Trawestując piosenkę Maryli Rodowicz - „dziś prawdziwych nazistów już nie ma”, no a skoro nie ma, to trzeba ich wynająć – bo jak ktoś płaci, to wymaga, a funkcjonariuszom TVN teraz płaci pan Dawid Zaslaw z pierwszorzędnymi korzeniami, więc trzeba się uwijać.

        Ale chociaż jeszcze nie zdążyliśmy ochłonąć po wspomnianym sabacie, to już opinia publiczną wstrząsnęła afera korupcyjna. Oto pan Leszek Czarnecki, biznesmen z przeszłością – bo już w wieku 18 lat został tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa, później przejętym przez razwiedkę wojskową, oskarżył był prezesa Komisji Nadzoru finansowego, że domagał się od niego 40 mln złotych w zamian za otwarcie nad jego firmami parasola ochronnego. Ale po co panu Czarneckiemu parasol ochronny ze strony KNF, kiedy może on przecież korzystać z parasola ochronnego, jaki nad swoimi kolaborantami otwierają i trzymają Wojskowe Służby Informacyjne – te same, których już „nie ma”? Podejrzewam bowiem, że wielu biznesmenów z przeszłością pracuje na majątku powierzonym i jeśli nawet mogli sobie na boku uzbierać trochę własnego, to przecież muszą się rozliczać. Zatem parasol ochronny nie byłby w takim przypadku bezinteresowny – a to jest pewniejsze, niż łaska pańska, co to na pstrym koniu jeździ.

        Toteż i pan Czarnecki mógł powinność swej służby zrozumieć i kiedy PiS się rozdokazywał podczas badania afery Amber Gold”, przekazał „Gazecie Wyborczej”, co to pilnie realizuje przykazanie Lenina o organizacyjnej funkcji prasy, zapis podsłuchanej rozmowy z panem przewodniczącym Markiem Chrzanowskim. Pan Chrzanowski najpierw buńczucznie oświadczył, że nie widzi powodów do zgłaszania swojej dymisji, ale dwie godziny później dymisję zgłosił, a pan premier Morawiecki natychmiast ją przyjął.

        W tle pojawia się osoba pana Zdzisława Sokala, którego do KNF wsadził pan prezydent Andrzej Duda, a który podobno jest zwolennikiem „repolonizacji” gospodarki, to znaczy – nacjonalizacji poszczególnych jej skladników w następstwie nękania rozmaitymi szykanami administracyjnymi i w wykonaniu niezależnej prokuratury. Wiadomo, że przy pomocy takich narzędzi można zniechęcić nawet największego entuzjastę wolnej przedsiębiorczości Coś może być na rzeczy, bo ideałem obecnego rządu jest przedwojenna sanacja, która też nacjonalizowała gospodarkę, z tym, że metodami łagodniejszymi, a nie takimi chamskimi – no ale wtedy i czasy były inne, no i ludzie też mieli trochę więcej kultury. Tak czy owak, w ciągu 10 lat sanacyjnych rządów, udział państwa w spółkach prawa handlowego zwiększył się o 70 procent, więc nic dziwnego, że niektórzy mogą próbować drogi na skróty, zwłaszcza w sytuacji, gdy przy okazji można by też oskubać gospodarcze imperium Wojskowych Służb Informacyjnych, z którego finansowane są rozmaite antypolskie akcje.

        Zgodnie bowiem z moją ulubioną teorią spiskową, komunistyczna soldateska, u progu sławnej transformacji ustrojowej przewerbowała się na służbę do przyszłych sojuszników Polski. W rezultacie naszym nieszczęśliwym krajem rotacyjnie rządzą trzy stronnictwa: Ruskie, Pruskie i Amerykańsko-Żydowskie. To właśnie jest przyczyną, że fundamentem III Rzeczypospolitej jest niepisana zasada: „my nie ruszamy waszych – wy nie ruszacie naszych” - więc jest bardzo prawdopodobne, że tak jak afera Amber Gold, również i afera KNF rozejdzie się po kościach, a przy okazji – podatnicy będą jeszcze musieli wypłacić panu Plichcie, prezesującemu Amber Gold, odszkodowanie za długotrwałe przebywanie w areszcie wydobywczym.


Prowokacja policyjna


        Opinia publiczna została wstrząśnięta wydarzeniem, jakie miało miejsce w Bartoszycach. Dwie kobiety przyjechały do wartsztatu samochdowego, by mechanik wstawił do samochodu żarówkę, która się spaliła. Właściciel polecił pracownikowi, by ten pomógł kobietom, które bardzo go o to prosiły. Toteż pracownik, chociaż miał już wyjść do domu, zabrał się do naprawy. Okazało się, że żarówki w ogóle w lampie nie ma, więc udało mu się w swoich narzędziach znaleźć podobną. Wkręcił ją do samochodu nadmieniając, żeby przy najblizszej okazji wymieniły ją w jakimś warsztacie na właściwą. Jedna z kobiet dała mu banknot 20-złotowy „za fatygę”, a on oddał jej 10 złotych. Wtedy obydwie panie wylegitymowały się jako pracownice urządu skarbowego i przeciwko pracownikowi wartsztatu wszczęte zistało postępowanie skarbowe, zakonczone wyrokiem niezawisłego sądu, który wprawdzie uznał winę tego człowieka, ale odstąpił od wymierzania mu kary.

        Incydent ten był w ogóle możliwy z powodu przyzwolenia przez polskie prawo na tzw. prowokację policyjną. Nastapilo to za rzadów koalicji SLD-PSL w roku 1995 w ustawie z 21 lipca o zmianie ustaw o ministrze spraw wewnetrznych, o Policji, o Urzędzie Ochrony Państwa, Straży Granicznej i niektórych innych ustaw. Nie od rzeczy będzie wspomnieć, że UOP kierował wówczas pochodzący z porządnej, ubeckiej rodziny, generał Gromosław Czempiński, absolwent Starych Kiejkutów, który predylekcję do prowokacji policyjnej mógł wyssać, jak to się mówi, z mlekiem matki. Nie sądzę też żeby musiał specjalnie przekonywać do tego ówczesnych dygnitarzy; premiera Włodzimierza Cimoszewicza, też z pierwszorzędnymi ubeckimi korzeniami, czy ówczesnego prezesa koalicyjnego PSL Waldemara Pawlaka. W późniejszych latach uprawnienie do stosowania prowokacji policyjnej zostalo rozszerzone na inne służby, np. ABW, WSI oraz te, które z WSI wypączkowały. Obecnie chyba wszystkie instytucje państwowe mogą korzystać z tego radosnego przywileju, no i – jak widzimy – korzystają aż miło.

        Na przym polega prowokacja policyjna? Na nakłanianiu obywatela do popełnienia przystepstwa po to, by następnie wytoczyć mu sprawę karna i wsadzic do kryminału. Normalnie taki nakłaniający odpowiadałby jak za podżeganie (art. 24 kodeksu karnego z 1997 roku), ale takiej odpowiedzialności nie egzekwuje się od że tak powiem, prowokatorów „uprawnionych”. Toteż nic dziwnego, że nie tylko z tej możliwości korzystają, ale też sami ja sobie rozszzerzają, jak to mialo miejsce podczas tzw. afery gruntowej za rządów premiera Jarosława Kaczyńskiego. Funkcjonariusze ABW spreparowali decyzję administracyjną, a następnie próbowali wręczyć łapówkę ówczesnemu wicepremierowi Andrzejowi Lepperowi. Ten ostrzeżony przez jakiegoś życzliwego, przyjecia łapówki odmowił, a wójt gminy, który miał rzekomo tę decyzję o zmianie przyznaczenia gruntów wydać, zauważył, ze jest ona fałszywa. Otóż ustawa o ABW pozwala abewiakom na posługiwanie się fałszywymi dokumentami, ale tylko takimi, które utrudniają ich identyfikację, jako abewiaków, np. fałszywymi dowodami osobistymi, fałszywymi prawami jazdy, falszywymi dowodami rejestracyjnymi samochodów itp. – natomiast nie wolno im preparować fałszywych decyzji administracyjnych, wyroków sądowych, czy aktów własności. Tymczasem tu z takim przekroczeniem uprawnieniń mielismy do czynienia, ale – zgodnie z zasadą: my nie ruszamy waszych – wy nie ruszacie naszych – nikt nie poniósł odpowiedzialności, ani wtedy, ani później.

        Prowokacja policyjna rodzi pewne trudności natury prawnej. Po pierwsze – stosowana jest w momencie, gdy nie tylko nie ma żadnego przestępstwa, ale nawet nie pojawiło się żadne podejrzenie jego popełnienia. Prowokator bowiem dopiero do popełnienia przestępstwa zachęca. Tymczasem wg art. 303 kodeksu postepowania karsnego, śledztwo wszczyna się dopiero, gdy zachodzi „uzasadnione podejrzenie popełnienia przestepstwa”, albo na skutek zawiadomienia o przestępstwie już dokonanym. W przypadku prowokacji nie ma mowy ani o jednej, ani o drugiej sytuacji, więc mamy tu do czynienia z kolizją przepisów, która godzi w prawa obywatelskie tym bardziej, że i kodeks karny w art. 1 wyraźnie stwierdza, że odpowiedzialności karnej podlega ten tylko, kto POPEŁNIA czyn zabroniony pod groźbą kary przez ustawę. Ciekawe, że zajmujący operetkową posadę rzecznika praw obywatelskich pan Bodnar, jakoś nie zauważa tego slonia w menażerii, a koncentruje się na bezpiecznym i modnym wspieraiu uroszczeń sodomitów i gomorytek. Najwyraźniej musi skądś wiedzieć, że gdyby ośmielił się wetknąć nos w nieswoje sprawy, zaraz by mu przypomniano, skąd wyrastają mu nogi.

        Ale na tym nie koniec trudności, bo wyobraźmy sobie sytuację, gdy prowokator zachęca urzędnika do przyjęcia łapówki, ale natrafił na wyjątkowego uczciwca. Ten dotknięty do żywego tą propozycją, w pierwszym odruchu chwyta za krzesło i roztrzaskuje je na głowie prowokatora, poważnie go raniąc. Karetka na sygnale odwozi rannego do szpitala, gdzie lekarze próbują go ratować, ale bez powodzenia. Czy ten urzędnik będzie odpowiadał za zabójstwo i atak na funkcjonariusza publicznego na służbie, za co odpowiedzialność karna jest zaostrzona? Gdyby tak było, oznaczałoby to, iż prowokowany musi zachowywać się wobec prowokatora z daleko posuniętą rewerencją, chyba, żeby tamten od razu przedstawił się prowokowanemu: szanowny panie, jestem prowokatorem nasłanym tu przez ABW i będę nakłaniał pana do dokonania przestępstwa urzędniczego, żeby następnie wsadzić pana za kratki, bo tak sobie upodobał, dajmy na to, Naczelnik Państwa. Wtedy wprawdzie agresja wobec prowokatora byłaby nieusprawiedliwiona, ale czy taki uprzejmy funkcjonariusz nie powinien odpowiadać za naruszenie tajemnicy slużbowej, a może nawet państwowej?

        Prowokacja policyjna została u nas zalegalizowana – jakże by inaczej? – pod pretekstem walki z korupcją. Ale walczyć z korupcją można na dwa sposoby. Po pierwsze – poprzez likwidowanie okazji do korupcji. Na przykład obrót paliwami płynnymi uchodzi u nas za zajęcie wyjątkowo lukratywne i z tego zapewne powodu jest koncesjonowany. Udzielenie koncesji jst równoznaczne w kosztownym prezentem, jaki urzędnik wręcza szczęśliwcowi. Ten urzędnik ma taką sama pensję bez względu na to, komu koncesję przydzieli, więc rozsądek mu podpowiada, żeby przydzielił ją temu, który obieca mu podzielenie się korzyściami. Warunki prawne do uzyskania koncesji spełnia bowiem każdy, kto się o nia ubiega, więc urzędnik siłą rzeczy musi kierować się w wyborze jakimś kryterium pozaprawnym, A skoro tak, to dlaczego nie tym? Gdyby więc zlikwidować koncesjonowanie obrotu paliwami, to nie byłoby zadnego powodu, by wręczać łapówkę, a po drugie – nie byłoby komu jej wręczyć, bo stosowny urząd zostałby wtedy zlikwidowany. Zatem korupcja, przynajmniej w tej dziedzinie, zostałaby wyeliminowana.

        Drugi sposób polega na tym, by obywateli podglądać, podsłuchiwać a wreszcie – prowokować. Zajmują się tym różne państwowe instytucje, z Centralnym Biurem Antykorupcyjnym na czele. Ale już na pierwszy rzu oka widać konflikt interesów między Biurem a interesem społecznym. W interesie społecznym leży jak najszybsza likwidacja korupcji. Interes Biura jest odwrotny. Skoro już powstało, a funkcjonariusze mają tam wesołe posady, to – ponieważ jedynym uzasadnieniem istnienia Biura jest tępienie korupcji – jest ono zainteresowane, by walka z korupcją trwała możliwie jak najdłużej, najlepiej tak długo by można było na tej wesołej posadzie doczekać emerytury, a jeszcze lepiej – by można było tę wesołą posadę przekazać w spadku dzieciom. Zatem z korupcją walczyć oczywiście trzeba, ale ostrożnie, żeby nie zrobić jej krzywdy.

        Wreszcie uprawianie prowokacji wymaga od prowokatora pewnego zboczenia moralnego i charakterologicznego, bo jest to czynność tak obrzydliwa moralnie, że normalny człowiek odwraca się od niej z obrzydzeniem. Zauważono to jeszcze w głębokiej starożytności, o czym świadczy zachowana korespondencja między rzymskim cesarzem Trajanem a gubernatorem Bitynii Pliniuszem Mlodszym. Pliniusz pisze do cesarza z prośbą o radę, jak ma postepować z chrześcijanami, którzy w okolicach setnego roku po C hrystusie nie tylko byli liczni, ale nawet – z powodu przekonania, że powtórne przyjście Chrystusa jest kwestią dni a najwyżej miesięcy, starali się uzyskać przepustkę do Nieba poprzez smierć męczeńską i w związku z tym zachowywali się niekiedy wobec rzymskiej wladzy wyzywająco. Poza tym Pliniusz charakteryzuje chrześcijan pozytywnie pisząc, ze w gruncie rzeczy nie robią nic złego, bo spotykają się co jakiś czas przed świtem zeby śpiewać pieśni na cześć Chrystusa, a następnie przysięgą zobowiazywać się – ale nie do jakichs zbrodni, ale do tego, by nie popełniać kradzieży, grabieży, cudzołóstwa, nie lamać danego słowa, nie przywłaszczać sobie depozytów – i tak dalej, a następnie wspólnie spożywają posiłek, całkiem zresztą skromny. Dalej pisze Pliniusz, że tych, którzy po schwytaniu wypierali się przynależnosci do chrześcijańskiej „sekty” zwalniał, bo – ja powiada – „prawdziwych bowiem chrześcijan żadna siła do tego zmusić nie zdoła”. Cesarz Trajan odpowiada na to, że specjalnie wyszykiwać chrześcijan nie należy ujawnionych – trzeba karać, ale otwierając im droge do skruchy. Donoszeń zaś anonimowych w żadnym razie nie uwzględniać, bo „jest to bowiem rzeczą zawierającą w sobie bardzo zły przykład i niegodną naszego wieku.” Ciekawe, co cesarz Trajan powiedziałby na prowokację policyjną, w której nasi Umilowani Przywódcy tak sobie upodobali, że nieustanie ją rozszerzają. I jak w tej sytuacji mówić o jakimś moralnym postępie ludzkości, kiedy nawet współcześni przywódcy chrześcijan nie mają wobec policyjnej prowokacji żadnych zastrzeżeń?


© Stanisław Michalkiewicz
16-17 listopoada listopada 2018
www.Goniec.net / www.MagnaPolonia.org / www.Michalkiewicz.pl
☞ WSPOMÓŻ AUTORA





Ilustracja © DeS ☞ tiny.cc/des

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

UWAGA: PRZEGLĄDASZ STRONY ARCHIWALNE!
NASZ ZAWSZE AKTUALNY ADRES BIEŻĄCEJ STRONY TO:
tiny.cc/itp2